PRACE TECHNICZNE NA STRONIE, CZEŚĆ STRONY MOŻE NIE DZIAŁAĆ WŁAŚCIWIE.

PRZEPRASZAMY ZA UTRUDNIENIA

Tym razem chciałbym zwrócić uwagę na zmianę nazewnictwa w okresie okupacji hitlerowskiej. Ze względu na ograniczone możliwości przekazu skupię się stronniczo tylko na „moich Pałukach”, czyli na pograniczu obecnych gmin Rogowo i Gąsawa.

Do 1989 r. ze względu na wszechobecną cenzurę ograniczone były możliwości poznawcze tego zagadnienia. Dawne nazwy miejscowości pojawiały się w przestrzeni publicznej najczęściej we wspomnieniach (i to w sferze werbalnej) mieszkańców, którym przyszło żyć podczas okupacji hitlerowskiej. Niektóre z nich miałem okazję zasłyszeć osobiście.

foto03Zagadnienie I wojny światowej na Pałukach wciąż jest mało znane. Oczywiście region nie był objęty strefą bezpośrednich działań wojennych, ale echa tamtej wojny dotknęły chyba każdą rodzinę. Niniejszy artykuł jako przyczynek do dziejów Pałuk z początku dwudziestego wieku stanowi swoistą próbę wypełnienia tej luki.

 

Porządkując niedawno domowe archiwum w ręce wpadł mi akt poświęcenia sztandaru Związku Hallerczyków – Placówka Strzelno z 26 maja 1927 r. W posiadanie tego oryginalnego dokumentu sprzed blisko 90. lat wszedłem przypadkowo około 1995 r. od osoby, której babcia pochodziła z Kujaw.

Fot. 1. WitrażRok 1930 i 1936 dla kościoła Ryszewku miał szczególne znaczenie. Przeprowadzono wówczas szereg zmian z zakresu architektury wnętrza, które dotrwały do końca XX wieku.

pałuczanin nr 75 1928Na łamach „Pałuczanina” wydawanego przed wojną w Żninie znalazłem poniższy artykuł pisany przez jednego z uczestników uroczystości poświęcenia sztandaru Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej (SMP) „Turka” w Ryszewie.

Róża Góra skan z księgi parafialnej w GąsawiePoniżej przedstawiam wykaz wybranych faktów metrykalnych z parafii Gąsawa dotyczących osady Róża Góra, czyli spis niektórych zgonów i urodzeń jej mieszkańców z lat 1808-1860. Pewnie jest ich więcej, ale to benedyktyńskie zajęcie wyszukiwanie konkretnych wpisów wśród setek innych na kartach ksiąg gąsawskiej parafii. Proszę zwrócić uwagę na pierwszy wpis, tj. zgon w 1808 r. Róży z Żuchowskich Szpotańskiej (szlachetnie urodzonej wielmożnej).

O Buslerach, Krygierach i Borku!....

Od kilku lat moją pasją jest genealogia rodzinna. To chyba wewnętrzna potrzeba każdego człowieka, który jest już w „pewnym wieku", a który nie ma zbyt wiele wiadomości o poprzednich pokoleniach swojej rodziny. Jako bardzo młody chłopak wiedziałem tylko to, że moimi dziadkami byli nieżyjący już wówczas Franciszek Busler i Joanna z domu Krygier, którzy kiedyś mieszkali w Palędziu Dolnym. Nigdy wcześniej nie byłem w rodzinnych stronach mojego ojca, więc jako „mocno dorosły" człowiek zacząłem poszukiwania gniazd rodzinnych. Po latach poszukiwań i wizyt w archiwach i parafiach z wielką satysfakcją spoglądam dziś na efekty. Chociaż ciągle jest niedosyt, bo chciałoby się sięgnąć jeszcze dalej w czasie.

Wypieranie Niemców przez Armię Czerwoną z Pałuk następowało bez większych zniszczeń, a walki ograniczały się do niewielkich potyczek zbrojnych. 21-22 stycznia 1945 r. Rosjanie praktycznie bez żadnych walk zajęli opuszczone wcześniej w dużym pośpiechu takie miejscowości jak Gąsawa, Rogowo, Mogilno czy Żnin. Ich wkroczenie było poprzedzone przymusową ewakuacją niemieckiej ludności cywilnej (miejscowych Niemców, jak i przesiedleńców), która została ogłoszona w ostatniej chwili, tuż przed wkroczeniem Rosjan.

Dwa-trzy dni wcześniej przez Ryszewo przetoczyła się fala uchodźców niemieckich, uciekających w pośpiechu przed zbliżającym się frontem, w czasie mrozów sięgających do 30°C. Przypadki zamarznięć nie należały wtedy do rzadkości, co jeszcze bardziej potęgowało tragizm tamtych dni. Jednej z mieszkanek Ryszewa na długie lata utkwiły w pamięci skrzypiące na siarczystym mrozie wozy uciekinierów.

Ludność niemiecka z terenów wiejskich ewakuowała się najczęściej wozami konnymi (odpowiednio do tego celu przygotowanymi), z których formułowano kolumny ewakuacyjne, podążające wszelkimi możliwymi drogami w kierunku zachodnim ? jak najdalej od zbliżającego się frontu. Ewakuacja nie objęła ludności polskiej, która i tak wolała przyjąć postawę wyczekującą. Niekiedy kolumny uciekinierów, podążające dzień i noc, mieszały się z transportami wojskowymi, co dodatkowo powiększało chaos na drogach. Za sprawą prof. Hieronima Rybickiego (historyka ze Słupska, urodzonego w 1925 r. w Cegielni) znany jest szczegółowy opis przygotowań do ewakuacji i następnie ucieczki w głąb Niemiec rodziny Paula Schulza z Gościeszyna.

21 stycznia w godzinach popołudniowych do Ryszewa od strony Mogilna wjechało kilku Rosjan pojazdem opancerzonym, którzy stanowili czołówkę (tzw. szpicę) nacierającego oddziału. Prawdopodobnie był to pojedynczy patrol wysłany na zwiad. Na chwilę zatrzymali się pośrodku wsi, zapewne dopytując się o obecność Niemców, poczym pojechali w kierunku Rogowa.

Z relacji naocznych świadków czy zapisów pochodzących ze stycznia 1945 r. wynika, że żołnierze Armii Czerwonej wkraczający do poszczególnych miejscowości Pałuk byli początkowo witani owacyjnie i gorąco przez miejscową ludność. I taki obraz z powodów ideologicznych był też utrwalany przez następne dziesięciolecia w zbiorowej pamięci. W miarę zdyscyplinowane były pierwsze oddziały frontowe, które szybko parły do przodu. Znacznie gorzej było z kolejnymi jednostkami, które kilka dni później obsadzały przejęty po Niemcach teren. Żołnierze radzieccy w pamięci mieszkańców Ryszewa i innych okolicznych miejscowości zapadli zdecydowanie negatywnie. A najgorzej zapisały się grupki maruderów czy dezerterów z Armii Czerwonej, którzy najczęściej dopuszczali się plądrowania opuszczonych domostw i gospodarstw (np. na Różej Górze), grabieży i rozbojów na miejscowej ludności, a nawet gwałtów. Rosjanie szukali przede wszystkim alkoholu, ale nie gardzili też drobnymi przedmiotami przedstawiającymi jakąkolwiek wartość materialną (np. zegarkami) Przedmiotem pożądania był nawet rower, na którym chcieli zdobywać ... Berlin! Z relacji ustnych mieszkańców wynika, że w styczniu 1945 r. Rosjanie dopuścili się co najmniej trzech gwałtów na kobietach z Ryszewa. Tak więc w wymiarze lokalnym oswobodzenie przez czerwonoarmistów miało niekiedy tragiczne, traumatyczne następstwa.

Jeszcze w trakcie działań zbrojnych za postępującą Armią Czerwoną tworzono na obszarach przyfrontowych radzieckie komendantury wojenne (m.in. w Rogowie i Żninie). Ich zadaniem było zabezpieczenie zaplecza walczącym jednostkom, ochrona systemu łączności, wykonywanie funkcji administracji cywilnej, mianowanie rosyjskich wojskowych komendantami np. na poczcie, aprowizacja i przejmowanie mienia poniemieckiego. Wspólnie z formacjami NKWD komendantury wojenne sprawowały nadzór jeńcami i ludnością cywilną. Komendantury wojenne funkcjonowały najczęściej do chwili przekazania władzy administracji polskiej.

fot. 01
fot. 02
fot. 03

Po przejściu frontu na polach pod Gościeszynem znaleziono kilku martwych żołnierzy Wehrmachtu, ubranych w białe kombinezony ochronne, o których pisze w swoich wspomnieniach o Gołąbkach Eugeniusz Rychlicki. Prawdopodobnie byli to rozproszeni żołnierze, uciekający przed rosyjskimi czołgami, którym w Gościeszynie (wtenczas jeszcze w Godesbergu) wyznaczono miejsce zgrupowania. Jednym ze ściganych żołnierzy był Mathias Schenk - saper szturmowy, który tak wspominał po latach dramatyczny pościg pod Gościeszynem: "Wyrzuciliśmy prawie wszystką broń. Pasy, hełmy. Kilku miało rany, które próbowali ukryć, żeby ich koledzy nie zostawili. Iwany tropiły w śniegu nasze ślady. Odcięli nam drogę do lasu. Uciekliśmy na środek zamarzniętego jeziora (prawdopodobnie jezioro Łomno lub Przedwieśnia - rwp). Nie weszli za nami na lód, ale czołg strzelał w jezioro. Kolega zaczął odmawiać "Ojcze nasz", mówił coraz ciszej, aż zamilkł. Umarł. Kiedy chmury zasłonił księżyc, podpełzliśmy do brzegu. Rosjanie palili papierosy, czołgaliśmy się między posterunkami. Ukryliśmy się w lesie, ale w południe czołg znowu jechał naszym śladem. Nie miałem już sił, położyłem się w rowie na skraju lasu. Na mundurze miałem biały kombinezon ochronny, podobne nosili Rosjanie. Znaleźli mnie polscy chłopi. "Rusek" - zapytali. - "Niemiec" - kiwnąłem głową. Wtedy ten najwyższy powiedział po niemiecku: "Biedny chłopcze, jesteś głodny?". Zaciągnęli mnie do domu. Bałem się. "Polacy są przebiegli, podstępni i fałszywi" - uczyli mnie w wojsku. Kiedy do kuchni weszła dziewczyna z dużym nożem, myślałem, że mnie zarżną. Rozcięła mi buty, bo nie mogli ich zdjąć. Miałem złamaną nogę, rękę i liczne odmrożenia. Dali ciepłego mleka. Tak trafiłem do braci Brzewińskich z Ochodzy (już nie żyją). Na starszego, Ignacego, mówiłem "ojciec", a na Wincentego - "wuj". Na mnie wołali Mateusz. Ukrywali mnie w stajni z trzema końmi, Mucką, Gniadym i Murzynem. W mroźne noce spałem nad parownikiem do ziemniaków. Rosjanom, którzy zaglądali do wsi, Brzewińscy powiedzieli, że jestem ciężko chorym synem, a chorych Rosjanie omijali z daleka. Polskim władzom wmówili, że już pół roku się u nich ukrywam, bo zdezerterowałem z Wehrmachtu. Dlaczego mnie uratowali? Nigdy się nie dowiedziałem. Chyba z litości; wyglądałem jak pobity dzieciak. Kiedyś mi powiedzieli, że przez czarny różaniec, który znaleźli na piersi, jak zdzierali ze mnie mundur"1 .

Jest to chyba jedyny znany przypadek, rzecz można, cudownego ocalenia niemieckiego żołnierza na Pałukach przed nienawiścią i żądzą odwetu ze strony Rosjan.

Inne zdarzenie miało miejsce w Zalesiu. Między 22 a 30 stycznia 1945 r., w nocy, kiedy wszyscy spali do domu rodziny Wojtczaków, położonym nieco na uboczu (na kolonii), wtargnęło czterech żołnierzy niemieckich. Na domowników padł strach i przerażenie. Na początku żołnierze byli agresywni, chcieli pić i jeść. Po spełnieniu ich żądań, kiedy z przemęczenia zasnęli, domownikom udało się nad ranem niespostrzeżenie, po kolei, wymknąć z domu. Uciekli przez pole do sąsiedniego gospodarstwa należącego do rodziny Konrada Stefanowskiego, położonego w odległości kilkuset metrów. Niemcy w gospodarstwie byli trzy dni. W tym czasie ktoś powiadomił o zdarzeniu w Zalesiu Rosjan stacjonujących w Rogowie. W nocy otoczyli oni dom i doszło do wymiany ognia. W strzelaninie ranny został jeden z Rosjan. Po tym zdarzeniu Rosjanie wrzucili do domu granat. Ponieważ dom był kryty strzechą - szybko spłonął. Noc wtedy była bardzo mroźna i jasna z powodu świecącego księżyca, a mimo to mieszkańcy z pobliskich gospodarstw nie zauważyli nikogo uciekającego. Żołnierzom niemieckim udało się jednak niespostrzeżenie wyrwać z okrążenia, bowiem w zgliszczach nie znaleziono ich ciał. Rannego żołnierza rosyjskiego załadowano na wóz, ale prawdopodobnie już pod Rogowem zmarł.

Żołnierze niemieccy prawdopodobnie zdołali wymknąć się z okrążenia w kierunku zachodnim, do tzw. "Lasu Królewskiego", należącego obecnie do Nadleśnictwa Gniezno. Być może byli to żołnierze należący do tego samego oddziału co M. Schenk

Zupełnie inaczej zdarzenie to opisuje Marian Idziak - wówczas mieszkaniec Rogowa, który wkrótce po wojnie zamieszkał na Dolnym Śląsku: "Pewnego dnia do Rogowa przybył mieszkaniec miejscowości wiejskiej Zalesie odległej o 5 kilometrów z wiadomością że pod lasem u gospodarza polskiego zatrzymało się około 40 SS-manów, którzy sterroryzowali gospodarza i nie pozwalają nikomu z domowników oddalić się od domu. Komitet S.O. przeprowadził nabór ochotników do zlikwidowania tej bandy, organizując wyprawę do Zalesia. Okazało się, że z kwaterujących radzieckich żołnierzy przyłączyło się 15 żołnierzy i jeden oficer, który objął dowództwo wyprawy. Na miejscu w Zalesiu doszło do potężnej wymiany ognia z użyciem przez SS-owców moździerzy, w wyniku czego dwóch radzieckich żołnierzy zostało ciężko rannych, jeden w płuco, który w powrotnej drodze zmarł, drugi w miednicę. Po odstąpieniu od działań bojowych w Zalesiu dowódcy radzieccy wycofali cywilów, wysyłając cztery czołgi, które w drodze na front zatrzymały się w Rogowie w celu odpoczynku ich załóg i zabierając na nie cztery drużyny wojska - żołnierzy ruszyli ponownie do Zalesia. Na miejscu okazało się, że hitlerowcy zbiegli do lasów "Królewskich" zabierając gospodarzowi polskiemu bardzo dużo żywności, chleba, wędlin, drobiu itp., i nie było możliwości ścigania ich tymi pojazdami w gęstym lesie. Rosjanie zażądali wydania im dziewięciu Ślązaków pracujących u Grześkowiaka w ogrodnictwie w celu dokonania zemsty. Wszyscy członkowie Komitetu SO byli przeciwni wydaniu Rosjanom swoich jeńców, tylko komendant Madaj wyraził zgodę i mimo protestu Klemensa i Grześkowiaka wydał ich. Rosjanie zaprowadzili ich do schronu pod Bankiem Rolnym i tam rozstrzelali2 i natychmiast opuścili miasto udając się w kierunku toczącego się frontu wojennego"3.

Swój opis potyczki pod Zalesiem opierałem na ustnych relacjach trzech niezależnych od siebie osób - mieszkańców Ryszewa i Zalesia, w tym Henryka Draheima - wówczas 12-letniego chłopca, przekazaną mi przez jego córkę. Są one co do głównego wątku niemal identyczne, przez co uwiarygodniają pierwszą wersję. Poza tym mało prawdopodobne wydaje się, aby była to formacja SS (SS - Schutzstaffel, czyli eskadra ochronna - paramilitarna i początkowo elitarna niemiecka formacja nazistowska, podległa partii NSDAP) i na dodatek licząca aż 40 członków(?!). W tej sytuacji konieczne byłoby zweryfikowanie obu wersji opisu zdarzenia w oparciu o materiały źródłowe, o ile takowe zachowały się w archiwach.

Inne incydenty z udziałem żołnierzy Armii Czerwonej

  • Zabójstwo Niemca o polskobrzmiącym nazwisku Brydzewicz (albo Rydzewicz), który w czasie wojny zajął w Ryszewie gospodarstwo Nowaków "pod lasem". Został zastrzelony za chlewem.
  • Za tzw. chatą komorniczą (wkrótce po wojnie została rozebrana) nad Churzewem (nazwa bagna między Ryszewem a Gołąbkami), za gospodarstwem rodziny Drzewieckich czołg radziecki rozjechał przypadkowego Niemca (prawdopodobnie żołnierza), który na widok przejeżdżających Rosjan zaczął uciekać. Ponoć został pochowany na pobliskiej miedzy, w miejscu gdzie po wojnie wyrosła dzika grusza.
  • Na podwórzu siedliska, którego po wojnie właścicielami stała się rodzina Wesołowskich przez kilka dni po wkroczeniu Rosjan stała furmanka (osłonięta plandeką), należąca do niemieckich uciekinierów. Została ona rozbita przez żołnierzy radzieckich, a przewożonym na niej dobytkiem zainteresowali się pospołu i Rosjanie, i mieszkańcy wsi. Jeszcze długo po wojnie w niektórych domach można było zobaczyć np. serwety z wyhaftowanymi inskrypcjami typu "Guten Appetit".

Ryszard Wojciech Pawlicki

Autor będzie wdzięczny za każde dodatkowe informacje na temat opisywanych wydarzeń.

Przypisy:

1. W. Nowak, "Mój warszawski szał. Druga strona powstania", [w:] ?Gazeta Wyborcza" z 23 sierpnia 2004 r.

2. Zupełnie inne wersje tego zdarzenia przedstawiła Maria Warda na łamach lokalnego pisma "Pałuki". Por.: http://paluki.tygodnik.pl/artykuly/zobacz/2020/45/; z dnia 7 września 2011 r

3. M. Idziak, Wspomnienia ze straconej młodości, Pińsk 1984/1985, ss. 89. Por.: http://jbc.jelenia-gora.pl/dlibra/results?action=SearchAction&QI=7DE37407880AC90C3113EFB844EF2D87-1&isRemote=off&isExpandable=on&queryType=-4&search_attid1=15&search_value1=%22Marian+Idziak%22&dirids=30;

z dnia 7 września 2011 r.

Prezentowane zdjęcia pochodzą ze zbioru (albumu) pieczołowicie gromadzonego i opisywanego przez Stanisława Pogorzały - syna Antoniego. Jest on obecnie w posiadaniu rodziny Małgorzaty i Tomasza Pogorzałów, której składam podziękowania za udostępnienie wybranych zdjęć w celu opublikowania na niniejszej stronie. Dziękuję też Pani Lidii Draheim-Chełmińskiej za okazaną pomoc przy ich opracowywaniu. Jednocześnie zachęcam do uzupełnienia niektórych podpisów. Informacje proszę kierować na jeden z podanych poniżej adresów e-mailowych.

 

 

 

 

 

 

Ryszard Wojciech Pawlicki

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Dożynki, zwane kiedyś "Świętem plonów", są tradycyjnym świętem ludowym, połączonym z obrzędami dziękczynnymi za ukończenie żniw i prac polowych. Zwyczaj ten praktykowany był już w czasach przedchrześcijańskich (słowiańskich). Na przestrzeni wieków zmieniała się obrzędowość tego święta, ale zawsze wyrażało ono radość i dziękczynienie za zebrane plony.

Patrząc na fotografie z przełomu lat 40. i 50. minionego wieku wydaje się, że formuła tego święta po wojnie nawiązywała do dożynek chłopskich ze schyłku dziewiętnastego wieku, urządzanych na wzór dożynek dworskich.

W pierwszych latach po wojnie dożynki w Ryszewie były organizowane przez społeczność wiejską na łące przylegającej do gospodarstwa rodziny Łanieckich (obecnie Żabirków). Jak na razie nie udało mi się ustalić, czy były one spontaniczną inicjatywą lokalnej społeczności, czy też z duchem tamtych czasów inspirowane były przez lokalne władze i miały wyrażać poparcie dla ówczesnej władzy ludowej i prowadzonej przez nią polityki rolnej. W czasach PRL uroczystości tego typu były ważnym elementem propagandy, mającej na celu gloryfikowanie tzw. "sojuszu robotniczo-chłopskiego". Na fotografii 1 widzimy uformowany korowód, na czele którego młody mężczyzna w towarzystwie dwóch pań niesie wieniec dożynkowy, przystrojony różnokolorowymi wstążkami. Uczestnicy pochodu ubrani są w stroje stylizowane na ludowo i zapewne intonują różne przyśpiewki. Prawdopodobnie fotografia 1 i 2 były wykonane w różnych okresach, tzn. jedna z nich przedstawia dożynki z 1947 r., a druga z 1948 r. Trzecie z prezentowanych zdjęć przedstawia dożynki zorganizowane około 1950 r. na centralnie położonym placyku w Ryszewie ? pomiędzy figurą Matki Boskiej a gospodarstwami należącymi wówczas do Bernarda Olszaka i Tadeusza Dąbrowskiego. Tym razem było to znacznie większe przedsięwzięcie, połączone z jakąś inscenizacją (m.in. jeźdźcy na koniach).

 

Autor będzie wdzięczny za każde uzupełnienie informacji na temat dożynek organizowanych tuż po wojnie w Ryszewie, jak również podpisów do prezentowanych fotografii.

 

Ryszard Wojciech Pawlicki

Jedynie słowo zapisane pozostaje dłużej, czyli moje wspomnienia o Szelejewie

 

fot01Obok mojego rodzinnego domu (na Różej Górze - przyt. rwp) biegnie droga z Ryszewa i Ryszewka do Szelejewa i dalej do gminnej Gąsawy, aż do powiatowego miasta Żnin.

Do obecnych czasów przetrwała u nas w domu stuletnia kartka pocztowa przedstawiająca jeden z domów mieszkalnych właśnie z Szelejewa. Oglądanie tej kartki nasunęło myśl, aby skąpe informacje wnikające z niej poszerzyć wiadomościami słownymi na temat Szelejewa. Wprawdzie nie mam jeszcze tyle lat co ta kartka, ale mogę opisać Szelejewo jakim było 70-80 lat temu.

W mojej pamięci najbardziej utrwaliły się czasy przedwojenne lat trzydziestych ub. wieku, czasy mojej młodości. Dzisiejsza młodzież urodzona po wojnie lat tych znać nie może, bo mimo upływu stosunkowo niedługiego czasu, to jednak jest już historia i bez przypomnienia jej pójdzie ona niedługo w niepamięć.

Wsi spokojna, wsi wesoła - jak pisał kiedyś poeta. A działo się to wszystko w okresie, kiedy Szelejewo nie miało bitej drogi, nie miało elektryczności, a siłą pociągową były tylko konie.

Wioska typowo rolnicza z rozrzuconymi po polach gospodarstwami. Potrzeby mieszkańców i rolników zaspokajali miejscowi rzemieślnicy. Ważnym ośrodkiem rozwojowym wsi była szkoła powszechna i od niej zacznę swój opis.

Wizyt:

Dziś 8

Ogółem 71675