Legenda o Górze TurkaNa rozległej równinie pod Gałęzewem nieopodal Rogowa wyraźnie zaznacza się, na tle jasnego nieba, ciemny profit wysokiego wzgórza, Zbocza jego są łagodne. Z wierzchołka roztacza się widok na okoliczne pola i domostwa. Podanie mówi, że stąd dawny dziedzic, obserwował pracę swoich poddanych. Mógł stąd dokładnie ogarnąć wzrokiem cały swój majątek. Na mapach, jak i w mowie potocznej, wzgórze nosi nazwę "Góry TURKA". Nikt jednak nie potrafi już dokładnie wyjaśnić skąd ta nazwa się wzięła, Wyjaśnia jej pochodzenie jedynie legenda. W czasach wojen z Turkami, kiedy hordy najeźdźców najeżdżały ziemie polskie - jedna z nich zapędziła się podobno aż na Pałuki.

Nikt nie był w stanie powstrzymać barbarzyńskich najeźdźców. Mieszkańcy Gałęzewa poinformowani przez wysłanników z Gniezna, zawczasu z całym swoim dobytkiem ukryli się w okolicznych borach. Najeźdźcy zastawszy wyludnione osady, ogołocone ze wszystkiego, nie mogąc uzupełnić swoich nadwątlonych zapasów żywności - nie mogli już posuwać się dalej. Zmuszeni byli zatrzymać się tutaj na bodaj krótki popas, licząc że w krótkich wypadach zbrojnych po okolicy zdobędą potrzebną żywność. Cofnąć bowiem też się nie mogli, ponieważ po drodze splądrowali doszczętnie wszystko. Mogli się posuwać tylko naprzód, licząc na zaskoczenie, jednak oddziały ich zmęczone już tym odległym wypadem w głąb ziem polskich wymagały odpoczynku. Nie był to jednak spokojny wypoczynek ani popas obfity. Okoliczna ludność - wcześniej ostrzeżona - ukryła się z całym dobytkiem w trudno dostępnych ostępach borów, unosząc ze sobą niemal wszystko. Krótkie wypady nie przynosiły pożądanych efektów.

Często oddziały wroga były atakowane znienacka napadane przez uzbrojonych Pałuczan. Każdy, kto umiał władać kuszą czy piką stawał do walki z najeźdźcą. Pod wodzą Dzierżysława z Gałęzewa urządzano nocne wypady na obóz wroga, Wróg, chociaż liczebnie silniejszy, nie mógł ich pokonać w takiej walce z ukrycia. Okoliczne lasy pełne były zdradzieckich trzęsawisk i bagien i niejeden wojownik turecki pozostawał w nich na zawsze. Pewnego razu Dzierżyslaw, sobie tylko znanymi drogami, tajemnymi przejściami, wraz z kilkoma dzielnymi towarzyszami przedostał się do samego środka obozu nieprzyjaciela. Chcieli porwać i uprowadzić syna wodza hordy. Cichaczem zakradli się do dwóch namiotów stojących nieco na uboczu od pozostałych. Po wielkości rozpoznali w nich namioty wodza.

Było już po północy i wartownicy zaczynali być coraz bardziej senni. Chwila była sposobna, zręcznie jak kot, jednym susem znalazł się Dzierżysław przy najbliższym wartowniku i niemal bezszelestnie go unieszkodliwił. Tylko stłumiony, głuchy bełkot wydobył się z ust czuwającego wojownika, po czym znów nastała senna cisza. Jednak drugi wartownik, jakby w przeczuciu grożącego niebezpieczeństwa, przebudził się. Spostrzegłszy puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się jego towarzysz, zaniepokoił się i już miał otworzyć usta, by go przywołać, gdy znienacka - jak ryś - skoczyła na niego ciemna postać. Jednym uderzeniem powaliła go na ziemię. Lekki wietrzyk zaszumiał w najwyższych konarach drzew, obóz był pogrążony w zupełnej ciszy. Bez większych przeszkód Dzierżysław wraz ze swoimi towarzyszami zakradł się do wnętrza namiotu, Bez hałasu ogłuszył syna wodza, związał go. po czym tą samą drogą którą przybył uprowadził go wraz ze swoimi ludźmi. Nazajutrz do obozu nieprzyjaciół wysłano posłańca z wiadomością, że syn wodza znajduje się w niewoli u Pałuczan.

Jeżeli wódz przyrzeknie, że opuści te ziemie na zawsze, syn jego zostanie uwolniony. Rozgniewał się wódz tym zuchwałym ultimatum, Jak śmie ktoś jemu - dotychczas niezwyciężonemu - stawiać podobne warunki, Aby zastraszyć i wzbudzić trwogę wśród Pałuczan, rozkazał swoim licznym wojownikom napełnić czapki piaskiem i kolejno podchodzić do wyznaczonego miejsca i tam je wypróżniać, wysypując piasek, Każdy z wojowników podchodził tylko raz. Początkowo krótki wąż wojowników, ustawionych z napełniony piaskiem czapkami, zaczął się wydłużać. Czas płynął, a szereg rósł i końca jego nie było widać, Niewielka kupka wysypanego piasku stopniowo przerodziła się w pagórek. Jednak nadal z niekończącego się szeregu sypały się z czapek tureckich niewielkie ilości piasku. A pagórek rósł i rósł. Z trudem wdrapywano się na wierzchołek aby wysypać nakazaną porcję piasku. Kiedy ostatni wojownik wypełnił rozkaz wodza było to już wysokie wzgórze o wysokości kilkudziesięciu metrów Oto potęga mojego wojska - z dumą powiedział wódz turecki, kto ośmieli mi się przeciwstawić, tego zaleję - jak morzem - swoimi wojownikami, Odpowiadając na to poseł Dzierżysława, rzekł skromnie: Nie ilość, lecz duch w człowieku decyduje o zwycięstwie, Twoje wojska są liczne wodzu, ale walczysz na obcej ziemi, pełnej dla nich nieznanych trzęsawisk i niebezpiecznych bagien, Wroga jest im ta ziemia, bo ją najechali, zakłócając spokojny i pracowity żywot jej mieszkańców, My walczymy w obronie ziemi naszych ojców, wolnych kmieci, ziemia zroszona naszym potem oddaje nam swoje skarby i dla nas rodzi chleb, Osłania nas swoimi lasami i bagnami, Na nic więc potęga twojego wojska, kiedy każdy skrawek tej ziemi jest ci wrogiem.

Ciężko sapiąc ze złości nad swoją bezsilnością, Turek postanowił skazać śmiałego posła na tortury. Wówczas zbliżył się do wodza jeden z dowódców i oznajmił, że znowu wielu wojowników nie powróciło z pościgu za oddziałem Dzierżysława, Wtedy to zrozumiał, że niczym nie zastraszy pracowitych właścicieli tej pięknej ziemi i zgodził się za uwolnienie syna opuścić z całym swym wojskiem ziemię pałucką. Na pamiątkę pozostała olbrzymia góra, dowód odwagi i miłości do ziemi rodzinnej mieszkańców Pałuk.

Prezentowany tekst pochodzi z następującego opracowania:
F. Malinowski, Legendy Pałuckie, Żnin 1991, s. 27-29.